boje się. boję się. słyszysz?! ja się cholera jasna boję.
czego? jak to 'czego'? nie, nie burzy. zarazy też nie. ani ciemności.
boję się, że nie wyjdę. nie wyjdę z labiryntu subtelnych, wątłych uczuć. jeden powiew i runie kilka ścian, kilka zadrga złowrogo a kilka zmieni miejsce.
błądzę już od kilku dobrych godzin. bolą mnie nogi, mam czerwone policzki i chyba zmarzłam tak bardzo, że nie czuję już zimna. zgubiłam się. zgubiłam się we własnym labiryncie. marny ze mnie architekt, skoro nie znam swojej budowli. tak, śmiej się. masz do tego prawo. śmiej się jak długo chcesz... śmiej, ale najpierw mnie przytul. przyciśnij moją rumianą twarz do swojej piersi. chce poczuć jak faluje pod wpływem łapczywie wciąganego tlenu. dotknij zimnego czoła rozgrzanymi wargami. połóż rękę na mojej trzęsącej się talii. szepnij do ucha kłamliwe 'już w porządku, przecież jestem', pozwól cieszyć mi się złudzeniem. i śmiej się! śmiej! śmiejmy się razem. tak łatwo drwi się przecież z uczuć.
zaczynam potykać się o swoje nogi. chciałabym usiąść znów na parapecie z dobrą książką i herbatą, otworzyć okno, poczuć łaskoczące promienie słońca i przywrócić to dobrze znane mi uczucie, kiedy optymizm wylewa się z moich kieszeni, błyszczy w oczach i wypełnia każdą cząsteczkę mojego ciała.
jak ja nie lubię jesieni!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz