przychodzi taki dzień kiedy szczęścia i nieszczęścia Twoich bliskich spadają na Twoje kruche barki. i wiele jest takich dni. zazwyczaj przyjmujesz je z pokorą i albo cieszysz się w rytm ich uśmiechów, albo ocierasz gorzkie łzy powtarzając ciche 'będzie dobrze'. to Twoi ludzie, nie chcesz zostawiać ich samych sobie. potrzebują Cię, więc jesteś. słusznie.
ale ilu z nich spytało co u Ciebie? zauważyło zaszklone oczy? dostrzegło bledszy niż zazwyczaj uśmiech i wygniecione spojrzenie? ilu z nich wie, że nie masz już ochoty słuchać o wszystkich miłościach - szczęśliwych czy też nie - kiedy Twoja własna wciąż nie przychodzi. kiedy wieczorami zostajesz sam ze swoim pustym życiem, a w głuchocie uczuć huczy tylko mruczenie rudego kota. kiedy masz ochotę płakać i krzyczeć, że o kant rozbić to całe ich szczęście. ilu z tych ludzi, którzy na co dzień oddają Ci swoje radości i smutki wie, że wcale nie jesteś szczęśliwym człowiekiem?
otóż - nikt. nie mówisz o tym, nie poruszasz trudnych tematów - nie ma problemu. nie trzeba się interesować. i tak, to Twoja wina. bo o smutku trzeba mówić, wylewać. i pod żadnym pozorem nie dusić w kruchym sercu. nikt na siłe nie będzie go w Tobie szukał. nikt.
***
ludzie przychodzą i odchodzą. zdecydowane więcej jest tych drugich. ciężko znosi się takie nieme, angielskie ucieczki. i ciężko żyje się z myślą, że coraz mniej mamy obok siebie oddanych przyjaciół. kilka zim temu wierzyłam, że przyjaźń to najtrwalsze spoiwo. trwalsze nawet od miłości. jak bardzo potrafię się mylić...
***
jeszcze dwa miesiące i moje magiczne 21 wzrośnie o kolejny rok. i pierwszy raz od tych 21 lat nie mam ochoty obchodzić swoich urodzin. kolejny rok wszyscy - szczerze lub niekoniecznie - będą życzyć mi szczęścia i miłości. a ja kolejny raz grzecznie podziękuję. i może nawet naiwnie uwierzę, że coś się spełni. a potem kolejny raz życie sprowadzi mnie brutalnie na ziemię. dziękuję, postoję.
***
taką ponurą mam dziś głowę. podnieś mnie, podnieś. bo życie kolejny raz udowadnia mi, że można upaść jeszcze niżej.